czwartek, 18 grudnia 2014

Katolicka fobia antykatolicka

Ostatnio w mediach słyszy się coraz więcej protestów dotyczących rzekomego obrażania świąt katolickich, czytaj Boże Narodzenie i Wielkanoc (ta druga mniej).
Dziś zauważyłem petycję do szefa LPP (koleżka od sklepów "House"), żeby wycofać ze sprzedaży ciuchy "niedwuznacznie sugerującym nienawiść do Świąt Bożego Narodzenia.". Rozmiem, że kogoś może obrażać napis "F*ck your xmas", ale żeby od razu robić aferę?
Podobnie było z siecią Empik. Pod presją matolstwa musieli zmienić osoby reklamujące ich towar. To przecież nie do pomyślenia, żeby satanista promował towar! I to w święta!Masakra!Od razu spalmy go na stosie. Tak katolicko, jak za dawnych lat.Ale moim osobistym zdaniem rekord pobili w sprawie Lidla, gdzie to nazwali święta i okres przedświąteczny "tym wyjątkowym czasem". Mało kogo z debili (nazywajmy rzeczy po imieniu) mających pretensje do sieci interesowało wyjaśnienie, że chodziło o cały okres, nie tylko o same 3 dni świąt. "Niekatolickie!".
Niedługo katofaszyści nie dopuszczą do tego, że gdy któremuś przywidzi się twarz jakiegoś świętego na papierze toaletowym, to każą zamknąć fabrykę!
I teraz nie wiem, co jest gorsze - że takie rzeczy dzieją się na prawdę, czy że firmy na to reagują.
Dodatkowo fakt, że część ludzi wspiera takie inicjatywy jak ta z Housem ( link do petycji: hhttp://www.protestuj.pl/antychrzescijanskie-koszulki--nie-dla-housea-pod-choinka-,35,k.html ) tylko dlatego, żeby potrollować albo mieć historię dla znajomych, żeby im zaimponować w skretyniały sposób potęguje ilość głupoty na internet kwadratowy.
Czy w jakimkolwiek kraju WSZYSTKO musi być podporządkowane religii? Nawet sieci sklepów?
"Zastanawiające jest też, że dotychczas nie ośmielił się Pan z takim tupetem wystąpić z przekazem antyżydowskim lub antymuzułmańskim... Czyżby przysłowiowym "chłopcem do bicia" mieli być tylko chrześcijanie? " czytamy w petycji. Cóż... Z tym jest trochę jak z niepełnosprawnością - osoby niepełnosprawne są wtedy, kiedy ze swojej niepełnosprawności robią swój główny atut i wszyscy muszą o tym wiedzieć.
Do niektórych nie dociera (albo nie chcą, żeby dotarło) że nie wszyscy obchodzą i lubią święta.Ciekawe ilu z nich stanęłoby w obronie Chanuki. Dwóch? Trzech? Dziesięciu byłoby cudem.
Na prawdę, Trochę żenada. Z jednej i drugiej strony.
Dobrze chociaż, że można pierdzieć w dowolnym kierunku, bo gdyby pierdzenie w stronę Wadowic albo Częstochowy byłoby obraźliwe to chyba wyniósłbym się do innego kraju.


środa, 10 grudnia 2014

Nietradycyjnie o tradycjach

Natchniony rozmową ze współlokatorem (swoją drogą jest to dla mnie bardzo inspirujący człowiek) zacząłem się intensywniej niż z reguły zastanawiać czemu jest tak jak jest. Czemu nie może być choć trochę inaczej.
Rozumiem, że tradycja tak stanowi, ale czy tradycją musi być wszystko?
Nie chodzi mi tutaj o tradycyjne ubijanie karpia przed świętami czy inne takie. Bo to są tradycje religijne, które dotyczą tylko określonych grup ludzi. Logicznym jest że w żydowskim domu nikt nie będzie obchodził świąt 24. grudnia. I nikt nie ma prawa go do tego zmusić.
Chodzi mi bardziej o społeczne zachowania "tradycyjne", gdzie zdanie jednostek nie ma najmniejszego znaczenia. Bo kogo to obchodzi, że jeden czy drugi nie chce? Decyduje większość. A my, większość zmusimy mniejszość żeby zrobiła tak, jak my chcemy!
Nie wiem, w jakiej tradycji się tak robi. "To jest demokracja!". G*wno, nie demokracja. Demokracja odnosi się do spraw państwa, nie grupy. W grupie powinni się spytać, czy chcecie coś takiego. Jeśli ktoś nie chce - nie bierze w tym udziału, a nie, że tradycja. A jak koleżka ma inną tradycję? Jakąkolwiek inną. Grupa nie daje mu najmniejszego wyboru, bo "tak było, jest i będzie". Bo co? Podpalicie gościa i zrzucicie go z klifu? Zastraszycie?
Ja łapię, że w nowoczesnym społeczeństwie tradycje powoli wymierają i stajemy się jednorodną papką, ale wymiera ta część, która wymaga od nas choć trochę poświęcenia. Te, które możemy zrobić od ręki i nic nas nie kosztują - na spokojnie, choćby i od ręki. Kosztujące grosze też ujdą. ale już trochę bardziej nas boli portfel. A te, które wymagają zaangażowania i/ lub sporego wkładu finansowego - nie ma mowy. To samo dotyczy tradycji, które nas aktualnie mogą obrzydzić. Bo kto z Was wpuściłby śmierdzącego bezdomnego na wigilię, aby zajął to dodatkowe miejsce przy stole? Tak z ręką na sercu?
No właśnie. Inna sprawa że większość społeczeństwa nie wie, skąd pochodzą i jakie znaczenie miały te tradycje. "Bo tak się robiło". Kiedyś podcierali się kolbą kukurydzy! Teraz też mamy tak robić, bo się tak robiło?
Nie, serio. Jakbyśmy mieli choć połowę z tych argumentów brać na poważnie, to byśmy się nieźle uwstecznili.
Świetnie o tradycji mówi się w klasyku polskiej kinematografii - "Misiu", gdzie "nowa tradycja" jest dość często poruszana.
Rada na dziś - jeśli chcesz praktykować tradycje, to nie wybieraj tych, które Ci akurat pasują. I pozwól innym mieć własne tradycje, nawet jeśli kłócą się z Twoimi poglądami i nie narzucaj własnych.

piątek, 5 grudnia 2014

Moda na bezmózga

Dziś trochę o bezmózg... znaczy "modowych followerach" i innych ofiarach mody.
Czy jest jakikolwiek sens w wyglądaniu jak debil, bo ktoś sławny tak się ubiera?
Czy jak utną sobie rękę, to zrobicie tak samo?
Nie? A to niespodzianka!
Skoro nie, to czemu za wszelką cenę chcesz się upodobnić do swojego idola? Taka sama fryzura u połowy ludzi, którzy chcą być "oryginalni". Chyba nikt im nie powiedział że bycie równie oryginalnym jak każdy inny oznacza bycie takim samym. Nie ważne czy pofarbujesz sobie głowę na zielono, czy zrobisz sobie kolczyk pod pachą. Był już ktoś przed tobą, kto tak zrobił. Sorka.
A upodobnianie się do gwiazdy jest niemal identyczne. Tylko bardziej... chore.
Wszystkie trendy na tatuaże-gwiazdy, quasi inteligentne cytaty wytatuowane na tyłku czy gdziekolwiek indziej, bo ktoś sławny ma taki, więc ja też muszę mieć. Fryzury, jak ktoś cudem (niestety) uniknął ciosu mieczem, lecz fryzura miała mniej szczęścia. Ewentualnie tzw. wypadek z kombajnem.
Jaki jest tego cel? Pokazanie innym, że oglądamy teledyski, gdzie "laski" kręcą grubymi tyłkami, a "kolesie" obsypują je pieniędzmi? Naprawdę nie rozumiem. Dodatkowo pokazywanie czegoś takiego swojemu rodzeństwu i stylizowanie ich podobnie do nas samych. A za kilka lat będzie lament, że nie ma kto na emeryturę pracować i do gęby nie ma co włożyć. Sam się przekonałem ostatnio jak duży wpływ ma starsze rodzeństwo i jak młodsze chce je naśladować. Może nie ubierałem siostry w spodnie z większą ilością dziur niż samego materiału, ale widzę że naśladuje sporo moich zachowań.
Może dzieciaki poubierane w rurki i szaliki wielkości dywanów wyglądają słodko i uroczo, ale to chyba lekka przesada, przynajmniej jak na moje to trochę za dużo. Dorastanie instant! Może jestem trochę staroświecki, ale to (przynajmniej po części) działa na małe dziecko, a potem zdziwienie, że mamy czternastolatki gadające o ulubionej pozycji seksualnej czy o imieniu dla swojego dziecka. I to na serio.
Wychodzi z tego całkiem prosty schemat
Gwiazdka pragnąca popularności -> człowieczek, który chce poklasku u znajomych -> pranie mózgu rodzeństwa -> społeczeństwo młodocianych debili
Bo jakoś niespecjalnie chce mi się wierzyć, że małe dzieciaki same z siebie chcą nosić... to wszystko. W imię swagu są w stanie wytatuować sobie na czole durny napis. "Co z tego, że potem nie będzie dobrze płatnej, legalnej pracy.To wina rządu i złych starszych ludzi! Nie chcą zatrudniać młodych, niedoświadczonych ludzi. To wcale nie wina mojego tatuażu na czole!"
Zastanawia mnie, jeśli tendencja się utrzyma, jak społeczeństwo będzie wyglądało za kilka lat. Czy gimnazjalistki z dzieckiem będą standardem, a frytki w McDonaldzie będzie mi podawał koleś z wytatuowanym dickbutem na czole z implantami wokół oczu, bo były kiedyś modne. Czy jednak ktoś z tyłkiem jak tankowiec, bo sobie wsadził tu i ówdzie implanty, bo pewna "artystka" wypromowała się na tym patencie, zmądrzeje. Najlepiej, zanim się oszpeci w okresie popularności tyłka - planety, bo potem przejście przez drzwi może być wyzwaniem.
Ostatnio wracając z uczelni padł temat powrotu do domu. Wiecie, do rodzinki.
Wiadomo, każdy student myśli tylko o tym, żeby wrócić do mamusi, tatusia, babci, dziadka, wujka, psa, żaby i tak dalej.
Cóż… Mojej rozmówczyni ciężko było zrozumieć fakt, że ja jakoś się tam nie spieszę. Moje wytłumaczenie? Nie po to wyjechałem, żeby wracać. Wiem jak to brzmi, ale taka jest prawda. Brudna, brutalna i wali prosto w pysk. Prawe jak typowy „dres”.
Czy musi być coś dziwnego w tym, że ktoś nie chce wracać do siebie, na „stare śmieci”? Co w tym oryginalnego? Co jest niepojętego w niechęci powrotu?
„No ale przecież chyba na święta wracasz?” – padło kolejne pytanie.
Czy osoba, która nie obchodzi świąt od dłuższego czasu, bo są to święta dla niej smutne, albo znowu będzie rutynowe odfajkowywanie listy zadań na dany dzień świąt, a potem darcie się na siebie, pot, krew i łzy, a wszystko po to, by pokazać reszcie świata jak bardzo się kochamy (pomijając fakt, że reszta świata ma to w dupie). Nie wracam i tyle. I tu znowu wielka fala oburzenia – no ale czemu?
Matko jedyna, bo nie ma dżemu!
Ludzie podejmują różne wybory. Ja podjąłem taki i jestem świadomy tego wyboru.
A wyborem sporej części społeczeństwa jest nieakceptowanie cudzych wyborów kiedy kłócą się z ich własnymi. I tutaj dochodzimy do sedna – ludzie akceptują (w większości) cudze wybory tylko wtedy, kiedy pokrywają się z ich oczekiwaniami. Gnojenie kogoś, bo kazaliśmy mu być sobą, ale tylko tak, jak nam to pasuje. Bo niech tylko spróbuje inaczej, to lincz.
Jakby bycie oryginalnym oznaczało bycie innym. Najczęściej innym gatunkiem – podgatunkiem.
Tak… Nowoczesne społeczeństwa…
I zaraz poleci temat tolerancji seksualnej i innych takich.
Szczerze – co to komu przeszkadza? Ktoś woli tych, inny tamtych albo tamte. Zagląda ktoś wam do łóżka? Nie? Więc po co zaglądać innym? Co to komu wadzi, żeby LUDZIE innej orientacji robi to samo, co ludzie „normalni”? Adopcja nie jest niczym złym. „Ale wyrośnie to dziecko na pedała albo jakie inne co!”. Cóż… Teraz powinno paść pytanie kto tutaj jest normalny…
Ale jest też druga strona medalu – jaki jest cel parad równości? Pokazanie wszystkim, że woli się osoby tej samej płci albo inne takie. Jest to konieczne? Wszyscy muszą wiedzieć, że ten sypia z tym, a tamta z tamtą? No nie no… To może róbmy też parady ludzi heteroseksualnych, żeby pokazać, że tak też można? I czy *echem* „stroje” są na pewno konieczne? Mnie na przykład nie kręci męski tyłek i nie koniecznie chciałbym go oglądać. Więc po co go komukolwiek pokazywać? Jeśli chcemy go pokazać, to miło byłoby spytać, czy komuś to nie przeszkadza. A wiedząc, że może, lepiej byłoby go nie pokazywać. Nie chodzi mi tutaj o chodzenie po ludziach i pytanie „Przepraszam, ale czy będzie panu/ pani przeszkadzało, jak będę chodzić z gołym zadkiem?”. Chodzi bardziej o takt. Jak śpiewał Rogucki „trzeba wiedzieć jak używać dupy”. Tylko czy czasem nie lepiej użyć… no nie wiem, mózgu?
I bądź tu mądry i pisz wiersze w ludzkiej nietolerancji...
(właśnie zauważyłem ile jest określenie na miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę)
Dziś zamówione - łańcuszki fejsbukowe.
W szczególności o wszelkich prawach dostępu do danych osobowych i innych takich.
Nie do końca rozumiem, jakim tłukiem trzeba być, żeby wierzyć w to, że pisząc posta na fejsie dotrze on do Zuckerberga. Albo do kogokolwiek z ludzi ważnych w siedzibie dzisiejszego boga.
Dodatkowo powoływanie się na cokolwiek, czego nie sprawdziliśmy, albo nawet nie wiedzieliśmy, że coś takiego istnieje. Szczytem jest powoływanie się na coś, czego nie ma. Ale do tak "górnolotnych" pomysłów w swoim newsfeedzie nie dotarłem.
Pozostając w temacie rzeczy realnych... Może chcieliby pokazać, że znają się na prawie wszelakim i koniecznie muszą to pokazać światu i znajomym?
Czemu powoływali się na jakieś konwencje, a nie na artykuł 182 Kodeksu Cywilnego? Też brzmi ładnie i fajnie! I jest z Kodeksu, czyli jest ważny i trzeba go przestrzegać.
(Polecam generalnie sprawdzić ww. artykuł  )
To nie jest pierwszy raz, kiedy ktoś strolluje znajomych, oni to kupią, wstawią u siebie, a ich znajomi podobnie i tak w kółko. Zwariować można!
Ale, co by nie mówić o ludzkiej głupocie, pogratulować należy pierwszemu/ pierwszej, który to wstawił. Spora część społeczności fb uznała to za coś mądrego i poleciała dalej z tematem. Troll życia.
Jakaż to magia sprawia, że ludzie DOPIERO na święta przypominają sobie o wszystkich schroniskach, przytułkach czy innych domach dziecka. No nie ogarnę tego. Magia świąt ma aż taką władzę nad przeciętnym obywatelem? Nagle w grudniu (a ostatnio, o zgrozo, nawet w listopadzie) ludzie przypominają sobie o tych ludziach i stworzeniach (koty, psy i inne takie). Dodatkowo jest jeszcze WOŚP, ale to zupełnie inna liga.
Intryguje mnie co taki przeciętny obywatel wniesie tym jednorazowym gestem w czyjekolwiek życie...
Jak to mawiają - daj człowiekowi rybę i tak dalej.
Zamiast jednorazowo dać jakąś paczkę ryżu czy kilka drobniaków, lepiej pomagać regularnie.
Bo strona otrzymująca pomoc nie chomikuje aż tak tych zapasów, żeby na cały rok starczyło. To tak nie działa.
I tutaj najlepiej widać to na wspaniałej młodzieży, która dorzuci się kilka drobnych, zrobi selfie i wstawi na instagrama albo inne takie (nie znam się na tym), po czym doda oznaczenia, że jaka to z nich Matka Teresa nie jest.
A jeśli ktoś chce podbudować swoje ego, to lepiej niech pomaga cały rok, nie na święta, żeby potem znajomym i rodzinie naopowiadać, jaki to jest zajebisty i takie tam. Znam ludzi, którzy pomagają kiedy tylko mogą, ale tych jest garstka.
Trochę więcej o religii.
Kolejny oklepany temat, ale jednak temat – rzeka, Dlaczego? Bo ludzie od zawsze wierzyli, wierzą i jeszcze pewno długo wierzyć będą. Nie ważne w co. Boga, Allacha, Potwora Spaghetti, koty czy pieniądze. Obiekt zainteresowań nie ma w sumie większego znaczenia. Do pewnego momentu. Momentu, kiedy pewne stworzenie uzna, że to ono ma rację, a reszta nie koniecznie. Wtedy zaczynają się schody. Bo jak to możliwe, że nie ma racji? Jak ktoś inny mu to udowodni? Przecież wie, że wie. I musi udowodnić innym, że tak jest. Bo inni nie mogą mieć racji. Choćby nie wiem co. Nie chcę tutaj pokazać, jakie to religie są złe i w ogóle nie dobre. Są nawet bardzo dobre. Skoro ktoś ma powód do wiary w siłę wyższą, niech sobie to kultywuje do woli. Chce zrobić kapliczkę czy jaki obiekt kultu? Proszę bardzo. Tylko niech nie ściąga tam na siłę innych. To trochę tak, jakby przywiązać kogoś do krzesła, założyć mu słuchawki i puszczać swój ulubiony zespół tak długo, aż przywiązany/przywiązana go nie polubi, albo nie zwariuje. „Tak robią tylko fanatycy religijni, ja z tym nie mam nic wspólnego” pomyślał sobie przeciętny zjadacz chleba. Cóż… Nie koniecznie. Zaraz poderwie się kilka osób, że kolejny antyklerykał czy inny taki antyreligijny, bo o indoktrynacji pisze, a to już się tak nie robi. W tym miejscu widać jak doskonale działa mechanizm „uczenia” religii. Nie ważne jakiej. Działa idealnie. Ludzie w sporej części nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Sam nie do końca rozumiem. Najpewniej pewna presja społeczna. Bo jak to, żeby ktoś nie przekazał dziecku zasad religii swojej i swoich przodków? Toż to nawet nie wypada! Przecież to tradycja, być tej wiary a nie innej! Tak nas wychowywano od pokoleń! Teraz nie można tego zmienić, bo jest to modne! Nie ma to jak stare, dobre stereotypy. Kolejny genialny temat na długie, jesienne wieczory .
Ale wracając do tematu… W późniejszym czasie widać to zjawisko jeszcze lepiej w grupach, gdzie są silni ortodoksi. Nie będę tutaj rzucał przykładami, bo każdy z nas zna przynajmniej kilka(kilkanaście? kilkaset?) takich przykładów. W praktycznie każdej religii znajdzie się minimum jeden taki przypadek. I to nie jest najgorsze. Najgorsze, jak grupa podłapie jego przekonania i będzie chciała podejmować ten wątek kiedy tylko się da. Wtedy dopiero zaczyna się rodzić problem. A eskalacja następuje w przypadku starcia się dwóch takich grup. Żadna nie chce uznać poglądów drugiej, bo lepiej narzucić swoje własne. I w sumie to można użyć trochę starej, dobrej przemocy. Bo czemu nie? Niech inni się podporządkują. Jakieś porozumienie? Po co? Przecież to my mamy rację! Wtedy to już ogólnie jest ciekawie. Zaraz pewnie kilka osób się odezwie – ale tak się już przecież nie robi, miłość, równość, tolerancja, pizza dla wszystkich! Cóż… Kiedyś faktycznie było inaczej. Ale zmieniły się metody, nie mechanizm. Ludzie się nie zmieniają, podobnie mechanizmy, którymi się kierują. A teraz to się zwyczajnie lepiej maskuje „dla bezpieczeństwa ogółu i innych takich”. Nie chcę tutaj skręcić jakiejś teorii spiskowej, ale tak to wygląda.
Krótkie podsumowanie – wierzta w co chceta, tylko innym głowy tym nie zawracać.

Zbliżają się święta. A jak wiemy wtedy ludzie dzielą się na trzy grupy:
-Ci, którzy je kochają
-Ci, którzy udają że je kochają
-Ci, którzy nawet nie maskują swojej niechęci do tego święta.
Ja zdecydowanie należę do tej trzeciej grupy ludzi. Szczerze nienawidzę świąt. I argumenty że rodzinna atmosfera, miłości i tak dalej są dla mnie zwyczajnie bez sensu. Choć nie jestem wierzący, rozumiem, że część faktycznie przeżywa Boże narodzenie jako coś ważnego dla nich osobiście. Każdy ma swoją wiarę, swój rozum i każdy lubi to, co lubi (jakkolwiek trywialnie to nie brzmi). Mnie najbardziej irytuje znana wszystkim „świąteczna muzyczka” (choć też działa mi potężnie na nerwy). Nie sklepy robiące super wyprzedaże w listopadzie. Wkurza mnie ludzka sztuczność w czasie tych świąt. Osobiście znam dobrze tylko kilka osób, które faktycznie są szczęśliwe i PRAWDZIWE w czasie tych paru dni. Wiem, że wałkuję ten temat jako kolejny. Co nie zmienia faktu, że ludzie się nie zmieniają. Od kilku (lub nawet kilkunastu) lat wszystkie święta wyglądały u mnie tak samo. „Wyglądały”, bo i po co je przeżywać. I jestem niemalże pewny, że „wyglądają” sobie podobnie, jeśli nie tak samo u wielu, wielu innych. Świąteczne przygotowania, strojenie drzewka, tradycyjne darcie się na wszystkich dookoła, udawanie, że jest okej przy dzieleniu się opłatkiem, wyżerka i sprawdzenie ile to na mnie w tym roku wydali inni, żeby podbić sobie i mi ego na kilka kolejnych dni. Nie jest tak? Nawet jeśli nie u wszystkich, to u większości w Polaków tak to wygląda. I każdy ma przepiękny naklejony uśmiech, żeby potem nie było, że święta miał smutne, nudne i ponownie wycięte od szablonu. Czemu? Bo prawda, że prawdziwych świąt się już prawie nigdzie nie obchodzi jest zbyt bolesna do zaakceptowania dla standardowego obywatela. No bo jak to? W telewizji pokazują, że jest okej, w moim serialu też, w filmie jest bajka normalnie, lecą same radosne piosenki… To jak to jest zorganizowane? Bo pieniądze, ale tutaj Ameryki nie odkrywam. Jest to zorganizowane bo pieniądze. Dobre, prawdziwe pieniądze za sztuczne rzeczy, jakimi są iluzje uczuć i ludzkich twarzy w tym czasie. Piękno materializmu.
Kończąc, i tak długi wywód, nic się nie zmieni, bo ludzie nie chcą tej zmiany. Jest dobrze tak jak jest, więc po co cokolwiek zmieniać?

Nawiasem mówiąc - tak, jestem ateistą, ale i tak trochę boli mnie ta ludzka znieczulica…
Po jakże gorących dyskusjach prowadzonych w moich skromnych progach dochodzę do jakże trywialnego wniosku: w dzisiejszych czasach nie można mieć żadnych poglądów na jakikolwiek temat. Czy to polityczny, czy religijny, czy jakikolwiek inny.
Smutna prawda.
Bo jak to:
- Jesteś tolerancyjny wobec ludzi o innym kolorze skóry?
-> Nie jesteś patriotą. Zdrajca!
-W Polsce powinni żyć tylko Polacy?
-> Rasista.
- Popierasz małżeństwa homoseksualne i inne takie?
-> Lewak.
-Nie popierasz?
-> Ciemnogród!
- Jesteś za świadczeniami socjalnymi?
-> Komunista!
- Wspierasz kapitalizm?
-> Pomyśl o tych, którym nie wyszło, EGOISTO!
- Jesteś katolikiem?
-> "Twojego Boga nie ma, bo mi tego nie udowodnisz!"
- Jesteś ateistą?
-> Jak możesz nie wierzyć w Boga!
- Jesteś pastafarianem?
-> Twoja religia jest bez sensu!
I tak dalej. Powoli zaczyna dobijać mnie fakt, że własne zdanie od razu upoważnia innych (w ich dziwnym mniemaniu) pozwala im na krytykowanie Ciebie za to, że nie zgadza się to z ich poglądami.
Albo jeszcze weselej - nie mają własnych, ale skrytykują, "bo modne", "bo tak pokazują" lub, najgorsza opcja, "bo mnie tak wychowali".
Matko jedna!
Ludzie pogłupieli do reszty. I teraz rodzi mi się w głowie tylko jedno pytanie - co jeszcze mogę napisać, żeby się nie uczyć?
I stało się.
Założyłem w końcu bloga.
Mam tylko nadzieję, że jakoś uda mi się tutaj regularnie bywać i dalej będę miał spory wpływ na czytających. I że Wy ze mną wytrzymacie.
Wbrew pozorom była to dla mnie dość trudna decyzja. Początkowo chciałem pisać tylko od siebie dla siebie, o tym co mnie wkurza, denerwuje lub po prostu mi się nie widzi. I nie, nie chodzi mi tutaj o jakiekolwiek recenzje. Chyba, że mówimy o recenzji społeczeństwa, o ile można mówić o czymś takim w ogóle.
Tutaj już obędzie się bez ziemniaków, jak to miało miejsce dotychczas ;)
Teraz wystarczy tylko spora dawka cierpliwości, weny, kawy i papierosów.
Teraz dorzucę trochę poprzednich wpisów, ale niedługo wpadną i nowe.