Ostatnio wracając z uczelni padł temat powrotu do domu. Wiecie, do rodzinki.
Wiadomo, każdy student myśli tylko o tym, żeby wrócić do mamusi, tatusia, babci, dziadka, wujka, psa, żaby i tak dalej.
Cóż… Mojej rozmówczyni ciężko było zrozumieć fakt, że ja jakoś się tam nie spieszę. Moje wytłumaczenie? Nie po to wyjechałem, żeby wracać. Wiem jak to brzmi, ale taka jest prawda. Brudna, brutalna i wali prosto w pysk. Prawe jak typowy „dres”.
Czy musi być coś dziwnego w tym, że ktoś nie chce wracać do siebie, na „stare śmieci”? Co w tym oryginalnego? Co jest niepojętego w niechęci powrotu?
„No ale przecież chyba na święta wracasz?” – padło kolejne pytanie.
Czy osoba, która nie obchodzi świąt od dłuższego czasu, bo są to święta dla niej smutne, albo znowu będzie rutynowe odfajkowywanie listy zadań na dany dzień świąt, a potem darcie się na siebie, pot, krew i łzy, a wszystko po to, by pokazać reszcie świata jak bardzo się kochamy (pomijając fakt, że reszta świata ma to w dupie). Nie wracam i tyle. I tu znowu wielka fala oburzenia – no ale czemu?
Matko jedyna, bo nie ma dżemu!
Ludzie podejmują różne wybory. Ja podjąłem taki i jestem świadomy tego wyboru.
A wyborem sporej części społeczeństwa jest nieakceptowanie cudzych wyborów kiedy kłócą się z ich własnymi. I tutaj dochodzimy do sedna – ludzie akceptują (w większości) cudze wybory tylko wtedy, kiedy pokrywają się z ich oczekiwaniami. Gnojenie kogoś, bo kazaliśmy mu być sobą, ale tylko tak, jak nam to pasuje. Bo niech tylko spróbuje inaczej, to lincz.
Jakby bycie oryginalnym oznaczało bycie innym. Najczęściej innym gatunkiem – podgatunkiem.
Tak… Nowoczesne społeczeństwa…
I zaraz poleci temat tolerancji seksualnej i innych takich.
Szczerze – co to komu przeszkadza? Ktoś woli tych, inny tamtych albo tamte. Zagląda ktoś wam do łóżka? Nie? Więc po co zaglądać innym? Co to komu wadzi, żeby LUDZIE innej orientacji robi to samo, co ludzie „normalni”? Adopcja nie jest niczym złym. „Ale wyrośnie to dziecko na pedała albo jakie inne co!”. Cóż… Teraz powinno paść pytanie kto tutaj jest normalny…
Ale jest też druga strona medalu – jaki jest cel parad równości? Pokazanie wszystkim, że woli się osoby tej samej płci albo inne takie. Jest to konieczne? Wszyscy muszą wiedzieć, że ten sypia z tym, a tamta z tamtą? No nie no… To może róbmy też parady ludzi heteroseksualnych, żeby pokazać, że tak też można? I czy *echem* „stroje” są na pewno konieczne? Mnie na przykład nie kręci męski tyłek i nie koniecznie chciałbym go oglądać. Więc po co go komukolwiek pokazywać? Jeśli chcemy go pokazać, to miło byłoby spytać, czy komuś to nie przeszkadza. A wiedząc, że może, lepiej byłoby go nie pokazywać. Nie chodzi mi tutaj o chodzenie po ludziach i pytanie „Przepraszam, ale czy będzie panu/ pani przeszkadzało, jak będę chodzić z gołym zadkiem?”. Chodzi bardziej o takt. Jak śpiewał Rogucki „trzeba wiedzieć jak używać dupy”. Tylko czy czasem nie lepiej użyć… no nie wiem, mózgu?
I bądź tu mądry i pisz wiersze w ludzkiej nietolerancji...
(właśnie zauważyłem ile jest określenie na miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę)
za mało cycków...
OdpowiedzUsuńI WYŁĄCZ TO BIAŁE PODŚWIETLANIE BO SIĘ CZYTAĆ NIE DAJ!!!111ONEONE1111!!!RIKITIKI